wychodzi taniej. Wy mi dajecie co miesiąc, ja wpłacam razem ze swoją, nie musicie latać na pocztę.Zdzisiek podpisał przy kuchennym stole. Trzydzieści tysięcy dla mnie, gdyby co. Potem stanął przy oknie, ręce w kieszeniach, i powiedział do szyby:
– No. Przynajmniej nie będziesz musiała prosić dzieci.
W domu od razu poszłam do jego biurka. Teczka z polisą leżała tam, gdzie zawsze – w dolnej szufladzie, pod instrukcją od telewizora. Przeczytałam pierwszą stronę uważniej niż kiedykolwiek. Adres do korespondencji: ulica Struga, numer mieszkania Grzesia. Przez wszystkie te lata żaden list z PZU nie przyszedł do nas. Nawet się nad tym nie zastanawiałam. Grzesiek przecież wszystko załatwiał.
Pod teczką był zeszyt. Zwykły, w kratkę, szesnaście kartek, z tych, co się kupuje w kiosku. Na okładce Zdzisiek napisał długopisem jedną literę: “G”. W środku, jego krzywym, kolejarskim pismem, kolumna:
“XI.21 – 112. XII.21 – 112. I.22 – 112.”
I tak dalej. Miesiąc po miesiącu. Ostatni wpis: “V.26 – 112”.






Comments