Syn co miesiąc brał ode mnie 112 złotych na polisę na życie męża – “przez kolegę z PZU, mamo, wychodzi…

na męża, któremu nie mogłam już nic powiedzieć w twarz.

Poszłam więc na cmentarz. Stałam nad świeżą płytą, z zeszytem przyciśniętym do piersi, i pierwszy raz od pogrzebu się z nim pokłóciłam. Na głos. Jakaś pani przy sąsiednim grobie odwróciła się i szybko odeszła z konewką.– Pół życia mi mówiłeś, że w tym domu nie ma tajemnic – powiedziałam do kamienia. – A sam prowadziłeś zeszyt.

Wiatr poruszył wstążką na wieńcu. Nic więcej.

W pierwszą niedzielę lipca Grzesiek przyjechał na obiad jak zawsze. Zjedliśmy rosół prawie w milczeniu. Kiedy wstałam po sernik, zobaczyłam, że przy moim talerzu leży koperta. Po kartce świątecznej, z bałwankiem w rogu. Musiał ją wziąć ode mnie z szuflady, kiedy byłam w kuchni.

– Mamo, ja mogę oddać więcej, od razu część, mam już człowieka do pomocy, warsztat stoi…

– Nie – przerwałam. – Tak samo, jak brałeś. Po sto dwanaście. W pierwszą niedzielę. Żebyś pamiętał każdy miesiąc.

Przyniosłam z pokoju zeszyt

Comments

Leave a comment

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Privacy Policy